Wywiad z kobietą spełniającą się Patrycja Frania.

Jesteś kobietą spełnioną, zadowoloną ze swojego życia. Podziel się proszę z innymi kobietami tym, jak doszłaś do tego punktu. Jak to się zaczęło?

Może to banalnie zabrzmi, nie wiem, czy jestem odpowiednią osobą do tego wywiadu, bo nie nazwałabym siebie osobą spełnioną. Jeżeli już, to spełniającą się 🙂 Spełniona (czasownik dokonany) oznacza dla mnie czynność już zakończoną, coś co zostało zamknięte, zawiązane na kokardkę, coś po czym można spocząć na laurach. Dla mnie oznaczałoby to początek końca. Wiesz, kiedyś – jako nastolatka – bardzo chorowałam. Można powiedzieć, że tak bardzo, że już dawno mogło mnie nie być na tym świecie. Dzięki wysiłkowi moich rodziców, dzięki ogromnej, tkwiącej gdzieś we wnętrzu woli życia mogę dzisiaj spełniać się każdego dnia. Ale zapytałaś, jak doszłam do tego etapu. Tego, w którym czuję się na tzw. „haju”, obecnie, w nomenklaturze rozwojowej, zwanym flow. No cóż… trzeba by bardzo długo wymieniać nazwiska osób, które miałam szczęście spotkać na swojej drodze, wydarzenia, które miałam szczęście doświadczyć. 

Farciara

Farciara – powiadasz… Wiesz, to nie zawsze były miłe i dobre sytuacje, przyjaźni i życzliwi ludzie. Obok tych wspierających byli i tacy (a może nawet i częściej), którzy podstawiali mi nogi. A sytuacje – często na bieżąco, kiedy się działy – przeklinałam. Ale wszystko, co się po drodze zdarzało, nauczyło mnie bardzo ważnej rzeczy. A mianowicie tego, by za każdym razem zadać sobie pytanie: czego mnie ta sytuacja uczy, po co (a nie: dlaczego) mi się ona przydarza, dokąd mnie zaprowadzi.  Nie zawsze jest to takie oczywiste, nie zawsze przychodzi z pokorą. Jest wiele rzeczy z którymi się zżymam – taka moja natura. Jednak, żeby nie być gołosłowną opowiem o jednej z wielu sytuacji, którą można uznać za przełomowa w moim życiu (a przynajmniej stanowiącej jeden z takich przełomów).  Dawno temu przydarzył się w moim związku kryzys. Był to czas, kiedy coraz bardziej ciągnęło mnie w kierunku rozwoju osobistego, ale błądziłam po omacku w ciemnościach: tu jakieś szkolenie, tam jakiś kursik. Nic co by prowadziło w jakimś konkretnym kierunku. No więc przydarzył się kryzys: naście lat w związku, dwójka małych, ryczących i absorbujących dzieci, w pracy pod górkę – wszystko to zrobiło swoje. Mój partner (a teraz mąż) powiedział: idziemy na terapię. Ja się wzdrygnęłam (chociaż to ja byłam zwolenniczką poszukiwania takiego typu rozwiązań). Znajomy terapeuta polecił nam wspaniałego człowieka. I faktycznie trafiliśmy do niego. Trafiliśmy do ośrodka, w którym pracował. O co nam wtedy chodziło – nie wiem. Ostatnio nawet zastanawialiśmy się nad tym wspólnie z M – żadne z nas nie pamięta. Pamiętam, natomiast dokładnie że było bardzo źle. A potem, że byliśmy aż na 3 sesjach. Ale już czekając na pierwszą wizytę znalazłam w poczekalni informację, o szkole, którą prowadził ten ośrodek. Szkole, która była początkiem mojej drogi do tego by stać się doradcą rodzinnym, coachem i trenerem. A w ostateczności współtwórczynią kart rozwojowych dla dzieci MILOWE

Kiedy uznałaś, że jesteś spełniona, że żyjesz na swoich zasadach?

Jak już powiedziałam – spełniam się każdego dnia. W domu, patrząc jak rozwijają się moje córki i w pracy, a właściwie w mojej pasji, spotykając się każdego dnia z nowymi ludźmi i ich historiami. W którymś momencie na mojej drodze zawodowej pojawiły się karty coachingowe. Choć dużo wcześniej były zdjęcia, pocztówki, wycinki z gazet. Zawsze fascynowała mnie moc obrazu i metafory w pracy z drugim człowiekiem. Pojawiły się iędzynarodowe uprawnienia trenerskie i frajda z przekazywania innym swojej wiedzy i doświadczenia. Dzielenia się i czerpania.

Jak doszłaś do tego punktu? Czy był jakiś katalizator, który Ci pomógł?

No właśnie… Po raz kolejny ujawniła się moja dewiza, że wszystko zdarza się po coś. Pewnego dnia zostałam zaproszona na drugi koniec Polski do poprowadzenia 3-godzinego warsztatu z wykorzystania obrazu i metafory w pracy coacha. Pomyśl: 3-godzinny warsztat. Za darmo. 8 godzin jazdy w jedną stronę, potem kolejne 10 z powrotem. To było coś. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, po co tam jadę. Okazało się dopiero po dwóch latach. Dziewczyna, która mnie wtedy zaprosiła była mentorem w pewnym projekcie startupowym. A w projekcie tym brała udział inna dziewczyna – Gosia, którą znałam już wcześniej, bo bywała kilka razy na moich szkoleniach. Gosia miała w głowie pomysł stworzenia czegoś coachingowego dla dzieci. Nawet kiedyś jakoś konsultowała ze mną swój pomysł. Właśnie przeszła do półfinału konkursu i… utknęła. Jak się potem okazało, komisja nie była pewna, czy powinna się w tym półfinale znaleźć, ale czymś ich urzekła. No i tamta dziewczyna, która zaprosiła mnie kiedyś na drugi koniec Polski, powiedziała Gosi podczas mentoringu, że przecież ma obok siebie specjalistkę, która nie dość, że jest coachem i trenerem, nie dość, że zna się jak nikt na kartach coachingowych, to jeszcze doskonale orientuje się w tematyce pracy z rodziną. No i w ten oto sposób pewnego dnia Gosia pojawiła się u mnie w domu. Przyniosła z sobą 5 kart obrazkowych narysowanych przez utalentowaną artystkę i spytała, czy ja z nią TO zrobię? Wtedy to TO było jeszcze mgliste i nie do końca określone. Po kilku miesiącach ciężkiej codziennej pracy TO zamieniło się w pierwsze rozwojowe karty dla dzieci MILOWE.

Jak radziłaś sobie z przeszkodami?

Przeszkody były, są i będą. I bardzo dobrze. Przeszkody to rozwój. To konieczność poszukiwania nowych rozwiązań, wchodzenia na nowe, nieznane ścieżki, wyjścia poza schematy. Kiedyś pojawił się w mojej głowie pomysł dokończenia doktoratu, który utknął dawno temu w jakiejś czarnej dziurze. Postanowiłam wtedy, że skończę go do 40, a właściwie, że go do 40 urodzin obronię. No cóż… pojawiły się przeszkody. Drzwi kariery naukowej ewidentnie nie chciały się przede mną otworzyć: ani pukając, ani kopiąc nie byłam w stanie ich sforsować. Za to pojawiły się inne drzwi. Nieco obok. Gdybym zafiksowała się wtedy na doktoracie, pewnie bym ich nie dostrzegłabym. Nie zafiksowałam się. A dzień po 40 urodzinach otrzymałam  bardzo ważny dla mnie zawodowo certyfikat potwierdzający moje kwalifikacje coachingowe. A zatem: mój sposób na przeszkody, to zaufać swojej intuicji, rozejrzeć się i poszukać rozwiązań.

Patrycja Frania

Miałaś wsparcie?

Myślę, że tak. Chociaż życie ukształtowało mnie w taki sposób, że zawsze liczyłam tylko na siebie. I na początku tak to właśnie wyglądało. Szłam swoją ścieżką, nie dzieliłam się wątpliwościami ani sukcesami. Myślę, że mogło być to trudne dla moich bliskich. Z czasem zaczęłam doświadczać radości z proszenia o pomoc. Bo to właściwie ważne jest bardzo dla obu stron. Dla tej, która prosi, ale i dla tej, która daje. Proszę Cię o pomoc, bo Ci ufam, przyznaję się przed tobą do porażki, bo jesteś dla mnie kimś ważnym i wiem, że to dla Ciebie też bardzo dużo znaczy. To zbliża, zacieśnia więzy. Kiedy nasz projekt kart MILOWE doszedł do finału poprosiłam znajomych o trzymanie przysłowiowych kciuków, o wysyłanie w naszą stronę dobrych myśli i pozytywnej energii. Otrzymałam cały ocen ciepłych słów. I projekt MILOWE wygrał. Zajęłyśmy pierwsze miejsce w konkursie. A to oznaczało możliwość sfinansowania wydruku pierwszej partii naszych kart. Ale oznaczało to również bardzo dużo wysiłku i czasu, by nasz produkt dopieścić i doprowadzić do końca. Tymczasem ja w tym samym czasie prowadziłam jeszcze stałe sesje coachingowe i terapeutyczne, współpracowałam w dwóch dużych projektach szkoleniowych i miałam zakontraktowane swoje szkolenia z wykorzystania obrazu, fotografii i metafory w pracy z drugim człowiekiem. Jeżeli dodasz do tego, że najważniejszą wartością dla mnie była i jest rodzina, to widać, że było grubo. Ale też było cudnie, bo moja rodzina stanowiła dla mnie ogromne wsparcie i bardzo dzielnie znosiła moje nieobecności i pracę do północy. Zresztą mój mąż i moje córki (podobnie jak mąż Gosi i ich dzieci) pomagali nam w tworzeniu kart i byli pierwszą grupą najbardziej wymagających krytyków.

Warto było przejść tą drogę?

Wiesz, mogłabym powiedzieć: tak, oczywiście, i żyli długo i szczęśliwie. Prawda jednak jest taka, że owszem, było warto, ale nie obeszło się bez kosztów. Koszty ponieśli przede wszystkim moi znajomi. Albo raczej to ja poniosłam koszty w postaci ograniczenia kontaktów z nimi. Ci, którzy mieli zostać – zostali. Inni niestety odeszli – zabrakło im cierpliwości a mi zabrakło determinacji zadbania o wspólne relacje. Teraz powoli staram się to nadrabiać. Nikt przecież nie obiecywał, że będzie to piękna droga, wyłożona czerwonym dywanem. W rzeczywistości ta droga pokryta jest miejscami błotem i kałużami, miejscami różami, gdzieniegdzie jest miękka trawa lub ciepły piasek. Warto kroczyć tą drogą i uczyć się po drodze, że kałuża może dać potrzebne stopom wytchnienie, a grzęskie błoto zmusić Cię do tego, by znaleźć inną ścieżkę. Ja się ciągle na tej drodze uczę. I to jest dla mnie najwspanialsze.

Co dzięki temu, że jesteś świadoma siebie zmienia się w Twoim życiu?

Dzięki temu, że jestem świadoma siebie łatwiej jest mi podejmować wybory. Rezygnować z niektórych rzeczy, zleceń, możliwości na rzecz tego, co jest dla mnie ważne. Świadomość siebie oznacza dla mnie również świadomość własnej cielesności i zaufanie swojej intuicji. Nauczyłam się rozróżniać sygnały płynące z głowy od tych, które płyną z ciała lub z emocji. To rozróżnienie pozwala mi żyć w zgodzie z własnym ciałem i własnymi potrzebami.

Czy jest jeszcze coś, co chciałabyś przekazać innym kobietom, a o co nie zapytałam?

Tak… Kiedy patrzę wstecz i przyglądam się sobie 20 lat temu, to cieszę się, że wtedy nie wkroczyłam na ścieżkę sukcesu. Byłam młoda, potrzebowałam się wyszumieć. Potem w moim życiu pojawiły się dzieci. Kiedy były małe moje miejsce było przy nich. I cieszę się, że to przy mnie moje córki wypowiedziały swoje pierwsze słowa, zrobiły pierwsze kroki. A ja powoli dojrzewałam. I dojrzewam dalej. Czterdziestka to cudny wiek. Cieszę się i już czekam na 50tkę 🙂

 

Patrycja Frania-Seniuk – pedagog, coach ACC ICF, trener, terapeuta, doradca rodzinny. Certyfikowany trener międzynarodowej metody Points of You®. Wicedyrektor Oddziału Dolnośląskiego Izby Coachingu. Ukończyła kurs Racjonalnej Terapii Zachowania, Psychoterapię Dzieci i Młodzieży, szkołę Trenerów I stopnia Tadeusza Niwińskiego, Warsztaty Coachingu Rodzicielskiego, Szkołę Pomagania Rodzinie w Ujęciu Systemowym. Fascynuje ją obraz i metafora jako narzędzia wspierające pracę z drugim człowiekiem. W swojej pracy  wykorzystuje narzędzia i podejścia wywodzące się z różnych koncepcji psychologicznych: m.in. terapii ericksonowskiej, Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach, RTZ, systemu TeTa, ujęcia systemowego. Prowadzi warsztaty oraz sesje cochingowe dla menadżerów, nauczycieli, przedsiębiorców, rodziców i młodzieży. Jej pasją jest wspieranie rodziców i par w trudnych i kryzysowych sytuacjach. Na co dzień szkoli również trenerów, coachów, terapeutów z zakresu wykorzystania obrazu i metafory w pracy z drugim człowiekiem. Autorka cyklu warsztatów Narzędziownik Coacha, autorka 15 tematycznych szkoleń i warsztatów poświęconych wykorzystaniu kart coachingowych i metaforycznych, współautorka kart rozwojowych dla dzieci MILOWE. Założycielka marki partnersko.pl, współtwórczyni projektu Rodzinne Tu i Teraz. Zwolenniczka podejścia holistycznego i systemowego spojrzenia na  świat. Poszukuje rozwiązań tam, gdzie inni dostrzegają jedynie problemy.