Kiedy myślimy o czymś wielkim, od razu się spinamy.

 

Jak zjeść całego słonia? To niewyobrażalne! Ale kiedy rozłożymy go na kawałki, okazuję się, że możliwe.

 

Podobnie jest z naszymi celami. Gdy któryś jest zbyt duży, albo bardzo ambitny, zaczynamy się bać. Co będzie jak się nie uda, gdy nie dam sobie rady? Jak to wszystko ogarnąć?

Budzi się wtedy gadzia część naszego mózgu, odpowiedzialna za ucieczkę. Skoro coś teoretycznie nas przerasta i stanowi ogromne wyzwanie, lepiej uciekać i zabrać się za coś prostszego.

No, ale nie samymi przyjemnościami człowiek żyje. No i oczywiście im większy poziom trudności, im bardziej musimy wyjść ze strefy komfortu, tym bardziej się rozwijamy.

Robi się z tego niezły dylemat.

Wieść spokojne, przyjemne życie oparte na wyzwaniach typu „Co zjeść na śniadanie” ze świadomością, że nasz rozwój będzie raczej liniowy, czy co rusz, zmagać się z jakimś wyzwaniem, które powoduje, że mamy pełno w gaciach, serce szybciej nam bije, a rozwój wznosi się do góry niczym rakieta kosmiczna.

No, ale żeby to się stało, musimy zacząć i zrealizować nasz ambitny plan.

Z mojego doświadczenia wynika, że to nie takie proste. Od pomysłu na zjedzenie słonia, do koncepcji, że można to tylko zrobić po kawałku, do realizacji – czyli konsumpcji, jeszcze daleka droga. Do tego najczęściej dochodzimy do punkty, w którym zaczynamy naszą podróż, ale gdy okazuje się zbyt przerażająca, odpuszczamy. W końcu jak zjesz jedną dziesiątą słonia masz już dość, wizja tego, że zostało dziewięć razy tyle sprawia, że od razu jest ci słabo.

 

Porzucamy zatem projekt zjedzenia słonia, na rzecz zjedzenia królika. Ale zjedzenie tego małego stworzenia, to żadne wyzwanie, więc kiedy się już nasycimy, wracamy do pomysłu ze słoniem.

I tak w kółko.

Jestem zwolenniczką metody małych kroków. Uważam, że jest genialna (to ten słoń na kawałki). Testowałam ją ostatnio mocno, bo miałam okazję jechać nad morze. Do przejechania miałam około siedmiuset pięćdziesięciu kilometrów. To było przerażające. Wizja ponad ośmiu godzin w samochodzie jawiła mi się niczym horror. Nie pomagało podzielenie trasy na części. Świadomość, że to tylko siedem i pół odcinka po sto kilometrów, albo cztery, dwugodzinne odcinki, nie pomagała. Mój system wewnętrzny wariował.

GPS nieustająco pokazuje ubywające kilometry i te, które pozostały, ta opcja bywa pokrzepiająca, lub przerażająca, to zależy od wielu czynników. W zależności od tego ile czasu już jedziemy, ile kilometrów przejechaliśmy, ile nam zostało, która godzina, będzie zależało nasze samopoczucie. Moje w tym przypadku zazwyczaj jest kiepskie. Albo jeszcze jest daleko do celu, albo wiem, że mam za sobą tyle kilometrów, że od razu czuję się przemęczona.

 

Wpadłam jednak na pomysł innego podziału.

Podzieliłam trasę na punkty, do których musiałam dojechać. Najpierw kierunek Wrocław, bez względu na czas i ilość kilometrów, ucieszyłam się, kiedy mijałam to piękne miasto. Potem Olszyna, Żary, Szczecin… Koncentrowałam się na znakach i miastach. To okazało się wspaniałym pomysłem. Niemal nieustająco byłam zaraz po osiągnięciu celu i tuż przed. Zanim się zorientowałam, byłam na miejscu. Zmęczona, owszem, trasa trwała osiem godzin, to fakt, ale tym prostym sposobem nie obudziłam tej części mózgu, która odpowiada za alarm, który powoduje, że histeria z paniką wkraczają do akcji.

Ale jak to przełożyć na cele? Realizację wielkich, wymagających planów?

Obmyśliłam, że trzeba wiedzieć, dokąd zmierzamy. A potem znaleźć taki sposób sprawdzania postępów, który będzie dla nas przyjemny i pozwoli mieć poczucie nieustających zwycięstw.

Co to będzie dla Ciebie, nie mam pojęcia.

Przykład z mojego podwórka, jeżeli wiem ilu klientów muszę pozyskać, cieszę się z tych, którzy już są, wdrażam kolejne działania, które dają mi satysfakcję i gdy pozyskam kolejnego, świętuję.

Mogłabym się frustrować faktem, że do celu jeszcze daleko, ale to absolutnie mnie do niego nie przybliży, tylko spowoduje, że będę się czuła zniechęcona.

W swojej naturze mam działanie, więc robię kolejne wdrożenia i poniekąd efektem ubocznym jest kolejna osoba na kurs czy coaching.

Cieszę się i doceniam, każdą osobę, która ze mną współpracuje, proszę o rekomendacje, dalsze polecenia, poniekąd żyję tu i teraz, w radości, ale ze świadomością swojego celu. Robię kolejne działania marketingowe, nieustająco.

Nie zmieniam swojego celu przy pierwszych trudnościach, tylko modyfikuję działania, które nie przyniosły pożądanych rezultatów i lecę dalej.

Podjęłam decyzję. Jestem coachem, jestem trenerem, dzielę się moją wiedzą, wspieram klientów w ich rozwoju.

Być może mam łatwiej. Nie mogę przestać w wysiłkach, bo muszę utrzymać swoją rodzinę. Wiem, jakie mam koszty utrzymania, potrzeby i ile potrafię zarobić. I zarabiam.

Nie ma nikogo poza mną, kto może to zrobić. To ułatwia podejmowanie trudnych, czasem ryzykownych, niewygodnych decyzji i wychodzenie ze swojej strefy komfortu.

Nie mogę siąść i płakać, nie mogę co chwilę zmieniać swoich celów, ani oczekiwać, że ktoś mnie uratuje jak się poddam. Po prostu nikogo takiego nie ma, za to są moje cudowne dzieci i ja (i dwa koty).

Trochę mi to przypomina niedawno czytaną książkę „Marsjanin”. Bohater, Mark nie miał wyboru, żeby przetrwać musiał dać z siebie 100%. I tyle.

Jasne, że myślał o tym, że kolejne akcje mogą się nie udać i umrze, ale nie mógł działać z takim założeniem, bo wtedy motywacja do pracy spadłaby mu do zera.

U mnie jest podobnie. Jak się nie uda, nie będziemy mieli środków do życia. Oczywiście mam zapasy ale, jeśli się poddam i skupię na ponurych myślach, prędzej czy później moje oszczędności skończą się.

W ciągu ostatnich lat, zauważyłam, że wszystko lepiej mi wychodzi, kiedy podchodzę do tego z uśmiechem, sercem i wiarą, że się uda.

Oczywiście nie wszystko mi wychodzi, ale wtedy wyciągam wnioski, doceniam siebie za wysiłki i działam znowu. Nie próbuję, DZIAŁAM. Na maksa.

Szkoda, że większość z nas odkrywa swój potencjał dopiero w obliczu zagrożenia i sytuacji bez wyjścia.

Podczas wielu procesów coachingowych słyszę to samo: „Chciałabym zjeść słonia, ale coś poszło nie tak, więc w sumie zrezygnuję, bo ktoś i tak mnie uratuje i poda królika”. A potem budzi się frustracja, bo znowu nie wyszło, królik nie jest słoniem i w dodatku, ktoś upolował go za nas.

Niby działamy, ale zawsze mamy koło ratunkowe w postaci męża, żony, pracy etatowej, rodziców…

Do bani. I tak w kółko.

 

Jak długo chcesz w tym tkwić?

Kiedy postawisz na siebie i zaczniesz w siebie wierzyć?

Kiedy potraktujesz siebie i swój biznes na serio?

Stworzyłam 3 miesięczny program dla 5 osób, które tego chcą. Grupa ma charakter mentoringowy. Będziemy praktykować, działać! Sprawdź czy to opcja dla Ciebie KLIK

Razem z Aleksandrą Goc, stworzyłyśmy też 5 miesięczną Akademię Biznesu. Jej celem jest pomóc Ci upolować i zjeść słonia. A potem zrobić to kolejny i kolejny raz już samodzielnie. KLIK

Może to już Twój czas? Koniec wymówek, płakania w cudzy rękaw?

Wybierz opcję dla siebie i bądź jak Mark z „Marsjanina”, albo jak ja!

Postaw na siebie i wymiataj, wygraj tym razem. Wygraj swoje poczucie własnej wartości i pewność siebie.

Pomogę Ci.