Moje dzieci nieustannie zarabiają!

Ewa i Bartek po raz pierwszy zarobili pieniądze,  kiedy mieli 8 i 6 lat.

Pamiętam dokładnie dzień, w którym Ewa czegoś bardzo potrzebowała. Wraz z mężem odmówiliśmy wtedy zakupu, ponieważ to był już czas, kiedy nasze dzieci dostawały swoje kieszonkowe.

Do tej pory Ewa chętnie je wydawała, a Bartek wręcz przeciwnie. Skrzętnie liczył każdy grosz, bo chyba nie bardzo wiedział, co mógłby  kupić za te pieniądze.

Do głowy wpadł mi wtedy pomysł, że przecież Ewa  może zarobić na swoje dodatkowe potrzeby.

To był marzec – tuż przed Dniem Kobiet.

Usiedliśmy wszyscy razem przy stole i obmyśliliśmy plan – nie byle jaki, plan wsparcia i odciążenia panów J

Jak wiadomo, w tym dniu, niemal każdy pan ( i miło z ich strony) kupuje swojej pani kwiaty.  I taką też mieliśmy nadzieję. Postanowiliśmy wykorzystać zbliżające się święto jako mechanizm do nauki zarabiania pieniędzy.

Poszłam z dziećmi do pobliskiej kwiaciarni. Sprawdziliśmy ceny tulipanów. Potem policzyliśmy ilość znajomych
w okolicy. W ten sposób, jak się pewnie domyślacie, określiliśmy niezwykle istotną w sprzedaży grupę docelową. Pomysłowe, nieprawdaż? Następnie przyszedł czas obliczania inwestycji  i stopy zwrotu.

Wyobraźcie sobie następujący obrazek: Ja i dwójka maluchów przy stole. Prowadzimy skomplikowane obliczenia. Liczymy, ile musimy zainwestować, jaką marżę naliczyć, by otrzymać określony zysk ze sprzedaży.

Nie wiem, ile z tego rozumieli. Bez problemu jednak wyliczyliśmy, że Ewa może zarobić potrzebne jej 10 zł. Radość nie trwała jednak długo. Szybko  okazało się, że Ewka nie ma ŻADNYCH pieniędzy na inwestycję. WSZYSTKO WYDAŁA!

Zapytała, czy pożyczę jej pieniądze. Tym razem odmówiłam. Podsunęłam jednak rozwiązanie –  trzeba znaleźć  inwestora.

Na te słowa, a raczej ich wyjaśnienie, obudził się Bartek, który stwierdził, że on przecież ma pieniądze.

WOW! Jest inwestor. Ale i on też musi zarobić!

No to klops. Ewa chce 10 zł i Bartek chce 10 zł. Jak to zrobić? Według naszych obliczeń z tej inwestycji wyciągniemy jeden banknot o nominale 10 złotych.

Szybka burza mózgów!

I jest rozwiązanie!

Dzieci szybko wpadły na genialny pomysł negocjowania cen w kwiaciarni. Jakie to proste. Przecież przy zakupie większej ilości, możemy dostać zniżkę.  Ewa postanowiła podjąć wyzwanie. Zaczęłyśmy więc przygotowania do tej rozmowy: solidne argumenty, rzeczową rozmowę. Nie tylko w teorii, ale również w praktyce.

Wszystko dobrze, no ale… nadal brakowało 5 zł.

Bartek nie wykazywał najmniejszego zainteresowania. Według niego sprawa była jasna. Wyłożył kasę i oczekiwał powiększonego zwrotu w nieprzekraczalnym terminie do 8 marca.

Ewa, której zależało na tym dealu, uwijała się jak w ukropie.

Z obliczeń wynikało, że należy powiększyć marżę o 50 groszy na kwiatku.

Wyszła kwota niemal dwa razy większa niż w kwiaciarni za sztukę, ale… i to nas nie powstrzymało. W końcu kwiaty miały być dostarczane prosto do domu, do rąk własnych. Mocny argument.

Podjęłyśmy ryzyko.

Negocjacje w kwiaciarni okazały się udane. Pani była tak zaskoczona merytorycznym przygotowaniem 8-latki, że bez problemu zgodziła się na upust. Kupiłyśmy więc 10 tulipanów.

7 marca wybiła godzina zero.

Wieczorową porą Ewa i Bartek wraz z tatą ruszyli sfinalizować przedsięwzięcie.

Chodzili od drzwi do drzwi.

Pukali i mówili: „Czy chciałby pan kupić kwiaty dla swojej żony z okazji jutrzejszego święta? Dzień Kobiet, pamięta Pan, prawda?”.

I wiecie co? Panowie kupowali. Skłamałabym pisząc, że wszyscy. Czasami, ktoś nie był chętny, ale pomimo odczuwanego smutku, dzieciaki szły dalej.

Sprzedali wszystko!

Zarobili na tej transakcji po 10 zł.

Ewa do dziś uważa, że Bartek zarobił więcej – dostał oczywiście zwrot wkładu. Dla niej sytuacja wyglądała tak,
ona dostała 10 zł, a on więcej.

Ta historia nauczyła ich jednak, że pieniądze są wszędzie. Wielokrotnie, już samodzielnie, wykorzystywali ten model sprzedaży. Dużą popularnością cieszyła się na przykład ręcznie robiona przez Ewę biżuteria.

Jak wygląda to teraz?

Dziś moje dzieci mają 16 i 14 lat.

Kiedy czegoś chcą, zaczynają najpierw zastanawiać się, jak mogą na to zarobić. Nie boją się też odmowy. Wiedzą już
o tym, że to etap sprzedaży.

Sprzedają na OLX książki, swój sprzęt sportowy. Sprzedają to, czego już nie potrzebują, a innym może się przydać.😊

Jako matka, jestem z nich bardzo dumna. Wiem, że dałam im kompetencję, dzięki której swobodnie przejdą przez życie.

W tym pierwszym doświadczeniu poczuli smak porażki – nie każdy kupił, ale i smak zwycięstwa – sprzedali wszystko. Nauczyli się też determinacji – pukali przecież od drzwi do drzwi – do skutku. Przezwyciężyli wstyd, nauczyli się liczyć.

Ewa od tamtego czasu ZAWSZE ma pieniądze na inwestycje.

Bartek nauczył się, że zarabianie jest bajecznie łatwe.

Ja nauczyłam się, że w życiu nie chodzi o to, by dzieci zagłaskać na śmierć i nieba im uchylać, ale o to, by ich nauczyć, jak mogą sobie radzić i do tego nieba się dostać. Jedno jest pewne,  Ewa i Bartek,  złapali bakcyla przedsiębiorczości.

Nie wiem, jak jest u Ciebie. Co myślisz o mojej metodzie?  Jestem ciekawa Twojej opinii. Napisz proszę komentarz
i podziel się swoimi pomysłami, które wzmacniają w Twoim dziecku poczucie wartości i pewność siebie.

A jeśli chcesz przeczytać, jak budują pewność siebie inni, zapraszam na stronę https://barbaralech.pl/aaa-ksiazka

 

Strona internetowa barbaralech.pl korzysta z technologii przechowującej i uzyskującej dostęp do informacji na komputerze bądź innym urządzeniu użytkownika podłączonym do sieci (w szczególności z wykorzystaniem plików cookies). Zgoda wyrażona na korzystanie z tych technologii przez stronę internetową lub podmioty trzecie, w celach związanych ze świadczeniem usług drogą elektroniczną, może w każdym momencie zostać zmodyfikowana lub odwołana w ustawieniach przeglądarki. Więcej o naszej polityce dotyczącej cookies dowiesz się tutaj.